Dlaczego ja?

Jestem dyslektykiem, który przeszedł przez wybitnie długą drogę.

Już około piątego roku życia pedagodzy oraz moja mama zaczęli podejrzewać u mnie dysleksję, a od szóstego roku mam postawioną diagnozę. Z czasem zdiagnozowano u mnie również zaburzenia przetwarzania słuchowego, czyli trudności w interpretowaniu dźwięków przez mózg, mimo prawidłowego słuchu fizycznego.

Jako dziecko nie pamiętałam swojej daty urodzenia, zapominałam imienia jednej z moich sióstr. W gimnazjum nie umiałam czytać płynnie. W szkole, z powodu trudności w nauce, byłam wyśmiewana. Trafiłam na psychoterapię. Później walczyłam o zdanie matury, doprowadzając swoje ciało do tragicznego stanu.

Dopiero ostatnie lata edukacji stały się zupełnie inne. I to nie dlatego, że stało się coś magicznego. Zmieniło się moje podejście do nauki. Przestałam uczyć się typowymi sposobami np. przepisuj to słówko po angielsku tyle razy, aż w końcu je zapamiętasz.

Zaczęłam stosować metody, które sama wymyślałam albo adaptowałam do możliwości dyslektyka. Dzięki temu omijałam niektóre trudności w sposób inteligentny i „przebiegły”. Bo czasem nie warto przebijać głową muru.

Właśnie dlatego, mimo że nie jestem ani pedagogiem, ani psychologiem, ani nauczycielem z pierwszoosobowego doświadczenia wiem dokładnie, czym jest dysleksja. Nie mówię tu o dyslektykach, którzy dostali zaświadczenie tylko po to, by mieć wydłużony czas na testach, bo wiem, że też tacy są. Wiem też, jakie to uczucie być porównywanym do tego właśnie „dyslektyka na papierze”.

Wiem, jak to jest się wstydzić. Wiem, jak to jest być załamanym. Wiem, jak to jest być przemęczonym. Ale też znam sposoby, znam metody, za które w czasach szkolnych dałabym się pokroić.

W tym przewodniku nie polecam żadnych książek. Nie pokazuję 100000 technik na zapamiętywanie słówek w języku obcym. Pokazuję pojedyncze, konkretne metody, które rzeczywiście pomagają dyslektykom.

Tu chodzi o to, żeby przestawić się na inny schemat myślenia o nauce. Żeby wiedzieć, w którym momencie sobie odpuścić, a w którym momencie przycisnąć pasa na 100%.

Nigdy w życiu nie powiem, że dysleksja to dar. To nie jest dar, jeśli trafiasz z tego powodu na psychoterapię. Ale jeśli dyslektyk sam mówi o niej jak o darze, to świetnie, brawo dla niego! To znaczy, że tak poukładał sobie życie, że jest w stanie wyciągnąć z dysleksji również plusy.

Chcę tym przewodnikiem pokazać, że dysleksja nie musi być końcem świata. Że osoba z dysleksją może przejść przez edukację w sposób, który jest nie tylko możliwy do udźwignięcia, ale wręcz momentami przyjemny. Sama nie wierzyłam, że ostatnie lata swojej edukacji będę kiedyś wspominać z nostalgią.

Cieszę się, że podniosłam tę rękawicę. Cieszę się, że nigdy się nie poddałam. I cieszę się, że teraz tą wiedzą mogę się dzielić z innymi, że ktoś może się nauczyć na moich błędach.